wtorek, 3 maja 2016

Rozdział 27

Siedziałam na ławce, a po moich policzkach płynęły strumieniami łzy. Było mi przykro. Nie wiedziałam nawet dlaczego. Przecież to obcy chłopak i to normalne, że chciał zakończyć naszą znajomość, ale... Mimo wszystko zależało mi na nim cholernie. Niewątpliwie czułam coś do niego, chociaż nie przyznawałam się do tego przed samą sobą. Może ktoś mógłby mi coś poradzić? Ale komu miałbym się zwierzyć? Jedyna osoba, która się do tego nadawała to Sylwia. Jednak ona nie okazała się prawdziwą przyjaciółką. Oprócz niej nie miałam nikogo takiego...
W tej chwili pomyślałam o mamie. Nie... Przecież mnie nie kochała i nigdy nie pokocha. Na pewno znów chciała mnie jakoś wykorzystać. Chociaż jej zmiana... Nie mogło to być udawane, przecież nie wiedziała, że przyjdę. Biłam się z myślami. Może poczuła coś do mnie? Przestała pić i uświadomiła sobie co straciła? Wydawało się to niemożliwe, ale może jednak? Sama tego nie wiedziałam... Miałam dosyć wszystkiego, po raz kolejny, Chciałam zasnąć w wygodnym łóżku, po pysznej kolacji i miłej rozmowie z kimś bliskim, To było moje marzenie w tamtej chwili.
Otarłam łzy rękawem bluzy i wstałam. Rozejrzałam się wokoło, a później wróciłam do swojego ,,mieszkanka". Położyłam się na leżaku i okryłam kocem. Przed snem myślałam na zmianę o Filipie i matce.
Obudziły mnie jakieś krzyki. Przetarłam oczy i zobaczyłam, że to jacyś ludzie się awanturują. Szybko zrozumiałam sytuację: szedł jakiś pan, a drugi przez przypadek wytrącił mu torbę z jedzeniem i nie chciał tego podnieść... Jedzenie... Ach, jak dawno już nie jadłam. Przyzwyczaiłam się do głodu i nie przeszkadzało mi uczucie pustki w brzuchu. Orientowałam się, że jestem głodna dopiero, gdy robiło mi się słabo.
Siedziałam nieobecna i wpatrywałam się w ludzi. Nagle coś mnie tknęło i postanowiłam iść do matki. Udałam się w tym kierunku. Kiedy wreszcie dotarłam, wzięłam głęboki wdech i zapukałam. Liczyłam, że otworzy mi jakiś nowy koleś, ale otworzyła ona...
Była olśniewająca. Miała na sobie pudrową spódniczkę i białą bluzkę. Wszystko podkreśliła wysoką szpilką i lekkim makijażem. Wyglądała pięknie, bardzo młodo. Zapatrzyłam się na nią i zapomniałam po co tu przyszłam.
- Witaj, kochanie, - przywitała mnie delikatnym, ciepłym głosem.
- Och, cześć. Mogę wejść?
Zaprosiła mnie do środka ruchem ręki, a później wskazała kuchnie, jakbym była tu pierwszy raz.
- Napijesz się czegoś, skarbie? - uśmiechnęła się.
Zadziwiały mnie te wszystkie miłe słówka. Kochanie, skarbie? Nigdy tak do mnie nie mówiła, nawet w czasach kiedy udawała miłość do mnie.
- Chętnie, poproszę herbatę owocową, jeśli masz. - odwzajemniłam uśmiech, jednak trochę podejrzliwie,
- Oczywiście. Usiądź sobie i opowiadaj, co u Ciebie. - wzięła duży kubek z szafki.
Co miałam jej powiedzieć? Wszystko dobrze, oprócz tego, że wyrzuciłaś mnie z domu i mieszkam na dworcu? Chciałam jej to wszystko wypomnieć, ale zdobyłam się tylko na oschłe:
- Nic ciekawego.
Grażyna postawiła przede mną wielki kubek gorącej herbaty i usiadła naprzeciwko mnie, Przez chwilę wpatrywała się we mnie z miłością.
- Ale jesteś piękna. Chyba urosłaś... - wyszeptała.
Nie odpowiedziałam, bo nie miałam nic do powiedzenia. Nic by to nie zmieniło. Czekałam na dalszy rozwój sytuacji w ciszy. Jednak ona nic nie mówiła. Milczała, ale w jej oczach zagościł jakby smutek. Myślę, że chciała coś powiedzieć, ale nie mogła się na to zdobyć.
- Dziękuję za zaproszenie. - przerwałam w końcu ciszę.
- Nie ma sprawy. Miło, że przyszłaś. - odpowiedziała i znowu zapadła cisza.
Byłam już w połowie kubka. Postanowiłam, że z grzeczności dokończę herbatę, a potem wyjdę. Sądziłam, że to spotkanie nie ma większego sensu. Aby nie siedzieć w ciszy odezwałam się:
- Ładnie wyglądasz, tak młodo... - pochwaliłam, nie kłamiąc.
- Dziękuję... - trochę się speszyła, jakby komplement ją uraził.
- A gdzie ten mężczyzna, który był tutaj wczoraj?
- Długo by mówić. Po prostu nie układało nam się od dłuższego czasu, a wczoraj się bardzo pokłóciliśmy i zerwaliśmy. - tłumaczyła jak dla małego dziecka.
- I tak niedługo znajdziesz sobie nowego... - chyba za głośno pomyślałam.
Grażyna spojrzała na mnie zdziwiona. Pewnie zszokowała ją moja nieuprzejmość, a wręcz bezczelność i chamstwo. Zauważyłam to i od razu poczułam się głupio.
- Przepraszam, ja nie... Nie chciałam tego powiedzieć, głupio wyszło. - spuściłam wzrok na kubek.
- W porządku. Masz rację. Przez całe dzieciństwo od rozstania z Twoim ojcem przyzwyczajałam Cię do tego... Aż głupio mi o tym myśleć... Traktowałam Cię okropnie i nie wiem, jak mogę Ci to wynagrodzić. Na pewno mnie nienawidzisz i nie dziwię się. Ale teraz... Zmieniłam się. Przestałam pić, poszłam na odwyk. Nie zmieniam tak często partnerów i nie są to faceci na jedną noc. Nie chodzę na dyskoteki, znalazłam pracę. A przede wszystkim zrozumiałam, jak bardzo Cię krzywdziłam. Przepraszam. Nie mogę Ci tego wynagrodzić w żaden sposób. Za dużą krzywdę wyrządziłam. - popłakała się.
Nie mogłam w to uwierzyć! Takie słowa od mojej matki? Wyglądało na to, że naprawdę się zmieniła. Chciałam ją przytulić i powiedzieć, że wybaczam, ale wydusiłam tylko ciche:
- Nie płacz.
Siedziałam w miejscu i patrzyłam jak moja matka zalewa się łzami. W końcu wzięła oddech, otarła łzy, poprawiła się i zapytała:
- Gdzie się teraz podziewasz? Jak wygląda Twoje życie?
- Mieszkam na dworcu. Śpię na leżaku, rzadko coś jem. Nie chodzę do szkoły. Nie ma się czym chwalić... A co się takiego stało, że tak się zmieniłaś? - zmieniłam temat.
- Nie uwierzysz, ale pewnego dnia, kiedy byłam na wpół pijana, poczułam, że coś mnie ciągnie do kościoła. Poszłam tam. Modliłam się na mszy, a potem siedziałam tam do wieczora. Przemyślałam swoje życie i doszłam do wniosku, że nie może tak dalej być i zaczęłam się zmieniać.
- Rzeczywiście, trudno w to uwierzyć. - wyszeptałam.
Grażyna wstała i zabrała ode mnie pusty kubek. Bez pytania zrobiła mi kilka kanapek i podała na talerzyku. Podziękowałam i zabrałam się za jedzenie,
- Może wprowadzisz się do domu? - zapytała po chwili.
Zakrztusiłam się z wrażenia. Mama szybko mi pomogła i zajęła swoje dawne miejsce.
- Muszę się nad tym zastanowić. Przykro mi.
Nie miałam ochoty już tam dłużej siedzieć, Tak naprawdę uważałam, że ta propozycja była bezczelna. Źle mnie traktuje całe życie, potem oznajmia mi zmianę i zaprasza do swojego domu.
- Dziękuję za wszystko, ale muszę już iść. - wstałam i wyszłam.
Wróciłam na dworzec, nie myśląc o niczym. Myślenie mnie męczyło. Mimowolnie skierowałam się do mieszkania Filipa. Zorientowałam się, że tam jestem dopiero, gdy stanęłam przed ich drzwiami. Chciałam od razu zawrócić, ale otworzyły się drzwi i usłyszałam męski głos:
- Cześć, Milenka. Wejdź, proszę. Nikogo nie ma.
Powiedział to Filip. Bardzo mnie to zdziwiło, bo jeszcze wczoraj mnie nie pamiętał.
- Chyba nie mam ochoty. - odpowiedziałam.
- Coś się stało?
I w tym momencie wybuchłam. Musiałam mu wszystko powiedzieć.
- Tak, stało się! Kiedy wczoraj do Ciebie przyszłam, nie pamiętałeś mnie. Nie wiem, czy żartowałeś, czy mówiłeś serio, ale nie poznawałeś mnie i kazałeś mi wyjść. Przypominasz coś sobie?! - krzyczałam.
- O nie... Znowu... Przepraszam, Milena. Czasem tak mam po narkoty... Naprawdę mi przykro. Nie rozmawiajmy w progu, wejdź.
Wykonałam jego polecenie i usiadłam na kanapie,
- Muszę Ci tylko powtórzyć, że Cię kocham. - oznajmił.
Siedział obok mnie bardzo blisko. Patrzył mi w oczy, a ja nie wiedziałam co robić. Z pewnością czegoś oczekiwał, ale nie potrafiłam w tej chwili wykonać żadnego ruchu.
Postanowiłam od tej pory przestać ukrywać swoje uczucia.
- Ja Ciebie też kocham, Filipie. - wyszeptałam.
Chłopak uniósł mój podbródek i zbliżył swoją twarz do mojej. Następnie dotknął ustami moich ust. Rozchyliłam lekko wargi, jakby dając mu zgodę na to wydarzenie. Całowaliśmy się. Bardzo długo i namiętnie. W końcu oderwał się i przytulił moje chude ciałko do swojego. Potem popatrzył mi w oczy.
- Zostaniesz moją dziewczyną? - zapytał.
- Oczywiście, że tak. - odpowiedziałam.
- Coś Cię gnębi? Widzę to w Twoich oczach. - zmarszczył czoło.
- Ostatnio tak wiele się dzieje. Nie mam już na to sił i żyję ciągle w stresie. - oparłam głowę o jego ramię,
Odsunął mnie delikatnie i wstał. Poszedł do innego pomieszczenia, a potem wrócił i usiadł koło mnie.
- Mam coś, co Cię rozluźni. - pokazał torebkę z białym proszkiem.
- Ale ja nie... Nie wezmę tego. - sprzeciwiłam się.
- Kochanie, to tylko jeden raz. Nic Ci nie będzie, a przynajmniej na chwilę się wyluzujesz. Chociaż spróbuj. - uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło. Poczułam się bezpiecznie. Wiedziałam, że przy nim nic mi nie grozi i w końcu... uległam. Zgodziłam się na małą dawkę, tylko na rozluźnienie.
Poszedł do kuchni i przyniósł wszystkie potrzebne rzeczy. Pokazał mi strzykawkę, wyszczerzył zęby i powiedział:
- Specjalnie dla Ciebie czysta, kochanie.
Przygotował cały ,,rytuał", a później wstrzyknął mi narkotyk do żyły.
Na początku nic nie czułam. Przytuliłam się do niego i czekałam. Nagle ogarnął mnie spokój, wszystkie zmartwienia i myśli zniknęły... Trwałam w tym stanie jakiś czas, a potem zasnęłam w jego ramionach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.