Sylwia popatrzyła na mnie i otworzyła lekko usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale po chwili znowu je zamknęła. Wzięła głęboki oddech i odwróciła się w przeciwną stronę. Odeszła. I takie osoby śmią nazywać się przyjaciółmi... Na początku wspierała mnie, rozumiała, udzielała rad... A teraz? Odeszła, po prostu odeszła.
Jeszcze chwilę stałam i patrzyłam na oddalający się zarys mojej byłej najlepszej przyjaciółki. Uważałam naszą znajomość za skończoną. Tak nie robią przyjaciele...
Teraz nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Nie miałam ochoty siedzieć sama, ale też nie mogłam wrócić do Filipa. Niedawno od niego wróciłam i nie chciałam być nachalna. Usiadłam na leżaku od Sylwii i próbowałam zasnąć. Było zimno, więc nakryłam się kocem. Jednak samotność nie dawała mi spokoju, nie mogłam ani na chwilę zasnąć.
Podniosłam się. Znowu byłam głodna, chociaż niedawno wyjadłam całą zawartość lodówki znajomym Filipa. Co prawda, chwilę potem to zwróciłam, ale coś na pewno zostało w moim żołądku...
Tak bardzo brakowało mi normalnego życia... Wolałabym męczyć się z matką i z jej kolejnymi kochankami, niż spać na dworcu i głodować. Najlepiej, jakbym miała normalną rodzinę, pieniądze, jedzenie i dobrych przyjaciół... Co zrobiłam nie tak, że życie mnie tak ukarało? Poważnie pytam. Czy zraniłam kiedyś kogoś, zawiniłam czymś? Zawsze starałam się wszystkim pomagać, znosiłam nawet matkę, która nigdy mnie nie kochała... Całe moje życie było pomyłką, włącznie z poczęciem i narodzinami. Dlaczego matka nie usunęła ciąży?! Czy to moja wina, że mam nienormalnych rodziców? Czemu nikt mi nie pomaga, nie rozumie? Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto byłby w takiej sytuacji jak ja...
Zapadła kompletna ciemność. Można było dosłyszeć tylko przejeżdżające pociągi i ciche szumy przemieszczających się ludzi. Postanowiłam przejść się wzdłuż dworca. Może spotkam tam kogoś ciekawego? Ale wszędzie siedzieli tylko jacyś podstarzali mężczyźni, którzy prosili o datek na piwo czy papierosy. Ruszyłam w kierunku miejsca, gdzie często spotykałam się z Filipem. Był tam również tym razem. Dlaczego? Czemu nie spał? Podeszłam.
- Cześć. Co tutaj robisz? - powiedziałam.
W odpowiedzi usłyszałam ciche charczenie. Dotknęłam jego ramienia, a wtedy się odwrócił. Miał niespokojne oczy, pełne lęku i gniewu jednocześnie. Wyglądał jak psychiczny morderca. Jego ubranie było zabrudzone wymiocinami.
- Ktoś tu chyba dawno nie dostał swojej działki. - pomyślałam.
Podniosłam go z trudem z ławki i powoli poprowadziłam do ich miejsca. Z kolejnymi krokami stawał się coraz bardziej nadpobudliwy i wręcz agresywny. Od czasu do czasu zdarzyło mu się mnie uderzyć gdzieś w okolice żeber. Chciałam jak najszybciej dotrzeć do jego ,,domu'', zanim zdąży naprawdę się wściec i mnie pobić.
W końcu dotarliśmy. Bez wahania weszłam do środka i rzuciłam go na kanapę. Odetchnęłam z ulgą. Zadziwiła mnie cisza. Chyba nikogo tu nie było. Przeszukałam całe ,,mieszkanie'' i nigdzie nie znalazłam znajomych Filipa.
- Gdzie oni są, do cholery? - zaklęłam w duchu. - Co robić? - zastanawiałam się.
Gdzieś tutaj muszą trzymać jakieś narkotyki... Jakieś zapasy... Z Filipem było coraz gorzej. Wymiotował na podłogę, na kanapę i na siebie. Krzyczał, szarpał się, a chwilami prawie płakał i błagał o pomoc. Nie wiedziałam, co mam robić. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Stałam zdezorientowana i patrzyłam na niego, jak głupia. Przecież musiałam coś zrobić.
Pierwszym krokiem było zadbanie o jego bezpieczeństwo. Nie chciałam, żeby przez przypadek się zakrztusił. Podeszłam do niego i usadziłam w bezpiecznej pozycji. Dałam mu do rąk jakąś miskę, aby nie zabrudził już więcej podłogi.
Teraz miał inną ,,fazę''. Płakał i krzyczał. Usiadłam koło niego i pogłaskałam go po mokrych od potu włosach.
- Ciii... - uspakajałam go. - Będzie wszystko dobrze, powiedz mi tylko gdzie trzymacie narkotyki?- szeptałam mu na ucho.
- Nar- narkotyki?! - krzyknął.
- Ciszej. - pouczyłam. - No takie przyjemne coś, po czym będzie Ci lepiej...
Znowu wybuchnął płaczem. Oddaliłam się i zaczęłam szukać czegokolwiek. Pomyślałam, że musieli to gdzieś dobrze schować, w razie kontroli policji. Chodziłam po pomieszczeniu jak oparzona. Nagle pod moją nogą ugięła się deska. Zatrzymałam się i kucnęłam. Odkryłam ten kawałek drewna i... BINGO! Znalazłam małą paczuszkę z białym proszkiem. Wzięłam ją i położyłam panel na swoje miejsce.
Co teraz? Pojawił się kolejny problem. Ile miałam mu tego podać? Jeśli dam za dużo, mogę go zabić. A jeśli dam za mało? Najwyżej nie zadziała. W najlepszym przypadku ogarnie się na chwilę i sam poda sobie odpowiednią ilość.
Teraz druga ważna rzecz. Jak mam mu to podać? Nie jest w stanie sam wciągnąć.
- Niech to szlag! - znowu zaklęłam.
Nagle mnie olśniło. Przypomniało mi się, jak jedna z dziewczyn podawała to komuś. Wysypałam troszeczkę proszku na leżącą na stoliku łyżkę. Następnie poszłam do kuchni i otworzyłam lodówkę. Oczywiście, znalazłam to czego szukałam. Cały zapas cytryn. Przekroiłam jedną z nich na pół i wycisnęłam kropelkę soku na łyżkę z magicznym proszkiem. Z tak przygotowaną ,,miksturą'' wróciłam do pokoju i podgrzałam mieszaninę zapalniczkę. Kiedy uzyskała odpowiednią konsystencję, przełożyłam ją do w miarę czystej strzykawki.
- Najgorsze przede mną. - pomyślałam.
Musiałam teraz wstrzyknąć to obrzydlistwo w żyłę Filipa. Nie będzie to łatwe zadanie, przy jego pobudzeniu. Usiadłam koło niego i chwyciłam jego rękę. Okropnie brzydziły mnie igły i narkomani, ale jaki miałam wybór? Nie mogłam uciec i go tutaj zostawić. Szeptałam do niego, żeby się uspokoił, że już zaraz będzie mu lepiej. Na chwilę przestał się szarpać, więc wykorzystałam ten moment i wbiłam mu narzędzie w żyłę i powoli nacisnęłam tłoczek.
- Proszę, zadziałaj. - wyszeptałam.
Modliłam się, żeby nic mu się nie stało i żeby wrócił do normalności. Nie chciałam na niego teraz patrzeć, więc wyszłam z pomieszczenia. Poszłam do kuchni i nie mogłam się powstrzymać przed zjedzeniem czegoś. Zjadłam sobie w spokoju, a potem poszłam sprawdzić, co z Filipem. Miał zamknięte oczy i nie ruszał się. Bardzo się wystraszyłam. Myślałam, że umarł, więc podbiegłam. Na szczęście, okazało się, że ma puls i tylko śpi.
Chciałam iść do siebie, ale nie miałam sumienia, żeby go tu zostawić. Najpierw posprzątałam wszystkie wymiociny. Następnie położyłam się koło niego i okryłam nas kocem. Leżałam nieruchomo, żeby go nie obudzić. Nadal nie mogłam zasnąć. Kilka godzin później poczułam jak Filip poruszył się i objął mnie w pasie. Potem delikatnie się przysunął i położył głowę na mojej klatce piersiowej. Poczułam się bezpiecznie i nareszcie zasnęłam.
Dajcie znać, jak podobał się Wam rozdział. Jeśli będzie dużo reakcji to możliwe, że jeszcze w ten weekend/ tydzień napiszę jeszcze jeden rozdzialik. Trzymajcie się! Buziaki <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.