Była późna jesień. Noc na dworcu
nie należała do najlepszych rzeczy w moim życiu. Strasznie wiało,
a w dodatku nie miałam się czym przykryć. Jeden pan pożyczył mi
swój koc. Twierdził, że on jest już zahartowany i prawie nie
odczuwa zimna. Nalegałam, żeby zachował sobie to przykrycie, ale
uparł się. Wzięłam ,,koc'', który w rzeczywistości był brudną,
porwaną szmatą, ale lepsze to niż marznąc. Zanim poszłam spać,
znalazłam sobie miejsce w jakimś zaułku. W nocy nic się nie
działo. Ze stacji wyjechało tylko kilka pociągów. Mimo że byłam
skryta, podeszło do mnie wielu młodych ludzi, błagając o
pieniądze. Widać było, że męczy ich głód narkotykowy. Podszedł
też jeden facet, który myślał, że sprzedaję się i chciał
skorzystać z usług. Szybko wyjaśniam, że nie należę do takich
kobiet, a on odszedł zawiedziony. W końcu zasnęłam.
Obudziłam się wcześnie rano, aby
pójść do szkoły. Nie chciałam, aby ktoś z mojej szkoły mnie tu
zobaczył. Tym bardziej, że tu spałam.
Doszłam do szkoły w 20 min. Szłam
powoli, ociągając się. Nie miałam ochoty słuchać nauczycieli i
docinek rówieśników. Niestety, ale musiałam tam iść. To była
jedyna okazja, żeby spotkać się z Sylwią, moją przyjaciółką.
Tęskniłam za nią. Współczułam jej, chociaż doskonale
wiedziałam, że mam gorzej.
Spóźniłam się na lekcję. Okazało
się, że Sylwii nie było. Zastanawiałam się, co mogło się stać.
Postanowiłam ją odwiedzić po szkole.
Jakoś przeżyłam nudne lekcje i
wyszłam pospiesznie ze szkoły. Od razu obrałam kierunek domu
przyjaciółki. Kiedy zapukałam do drzwi, nikt się nie odezwał.
Widziałam, że paliły się światła. Na pewno ktoś tam był.
Tylko dlaczego nikt mi nie otworzył? Nacisnęłam delikatnie klamkę.
Drzwi odtworzyły się z lekkim skrzypnięciem.
- Jest tu ktoś? - zawołałam.
W odpowiedzi usłyszałam ciszę.
Poczułam się jak w horrorze. Bałam się, że zaraz ktoś wyskoczy
z nożem, jak w filmach.
- Sylwia, jesteś tu? - ponownie zawołałam.
Nadal nic. Nagle usłyszałam jakieś
burczenie, jakby z daleka. Ktoś bardzo cicho wołał moje imię.
- Sylwia, to Ty? - starałam się iść za dźwiękiem.
Weszłam w głąb domu i nasłuchiwałam.
Podeszłam do jakichś drzwi na korytarzu. Teraz wołanie było
głośniejsze. Otworzyłam. Zobaczyłam tylko ciemność. Kiedy
chciałam zamknąć drzwi, usłyszałam swoje imię.
- Sylwia? - zapytałam.
- Tak, to ja. Jestem na dole!
Zapaliłam małą latareczkę, którą
miałam w kieszeni. Powoli i ostrożnie zeszłam na dół.
Rozejrzałam się.
- Aa! Nie świeć mi po oczach! - odezwała się Sylwia.
Podeszłam bliżej. Światło latarki
było mizerne i niewiele mi dawało.
- Zapal światło. Tam, naprzeciwko. - udzieliła mi wskazówki.
Nacisnęłam na pstryczek i wtedy
zobaczyłam wszystko wyraźnie. Moja przyjaciółka siedziała
związana liną w rogu jakiejś piwnicy.
- Hej, kto Ci to zrobił? - zapytałam, rozwiązując ją.
- Babka. - odparła.
- Jak to? Dałaś się jej związać? - nie mogłam uwierzyć.
- Ech... Długa historia. Kazała mi zejść po dżem i napadła na mnie od tyłu.
- Twoja babcia to super agentka? - zaśmiałam się.
- Jest niezrównoważona.
- Jest teraz w domu? - zaciekawiłam się.
- Nie, chyba poszła na zakupy. Chodźmy stąd.
Wyszłyśmy z tego okropnego miejsca i
usiadłyśmy na podwórkowej ławce. Przez dłuższy czas nic nie
mówiłyśmy. W końcu przerwałam ciszę.
- Jak Ty z nią wytrzymujesz?
- Jakoś przecież muszę.
- To nie jest normalne, że babcia zamyka Cię w piwnicy! Dlaczego nie powiesz tego rodzicom?
- Myślisz, że nie mówiłam? Ale zawsze babka dzwoniła do nich i twierdziła, że kłamię. Udowadniała im, że jestem niegrzeczna i wierzyli jej.
- Przykro mi. Trzeba coś z tym zrobić.
- Może zabierzesz mnie ze sobą? - zaproponowała.
- Przecież nawet nie mam domu.
- No, ale tam gdzie śpisz. Proszę.
Chciałam od razu odmówić i wyznać
prawdę, że mieszkam teraz na dworcu, ale było mi jej szkoda. Nawet
mnie matka nie zamykała związanej w ohydnym pomieszczeniu. To
chore.
- Dobrze, spakuj się i chodźmy, zanim Twoja babcia wróci. - uległam.
Po chwili szłyśmy już po drodze z
trzema torbami. Sylwia ciągle wypytywała, gdzie ją zaprowadzę.
Wstydziłam się i ją zbywałam. Wiedziałam, że w końcu muszę
jej powiedzieć. Przecież zrozumie, to moja przyjaciółka.
- No więc gdzie idziemy?
- Na dworzec.
- Ale po co? Musimy jechać pociągiem?
- Nie.
Spojrzała na mnie zdziwiona. Nie
rozumiała, po co idziemy na dworzec, skoro nie będziemy jechać
pociągiem.
- Posłuchaj. Spędziłam noc na dworcu, bo nie miałam gdzie się podziać. Wstydzę się tego, bo to najgorsze co może być, ale gdzieś muszę spać. Jeśli nie chcesz, możesz tu zostać i nie iść ze mną.
- Oczywiście, że pójdę. Musimy trzymać się razem. - uśmiechnęła się.
Poszłyśmy do parku. Usiadłyśmy na
chwilę, aby odpocząć. Sylwia niespodziewanie mnie przytuliła i
pocałowała w policzek. Zdziwiłam się i przeszły mnie dziwne
dreszcze.
- To za pomoc. Dziękuję, że mnie uwolniłaś i starasz się znaleźć mi miejsce do spania.
- Nie ma za co. Musimy trzymać się razem. - powtórzyłam jej słowa.
Ruszyłyśmy w dalszą drogę. W końcu
dotarłyśmy do dworca. Zaprowadziłam ją w ten zaułek. Odłożyłam
jej rzeczy.
- O nie... - wymruczałam.
- Co się stało? - zdziwiła się Sylwia.
Zauważyłam tego mężczyznę, który
oddał mi koc. Leżał nieruchomo. Podeszłam bliżej. Lekko
dotknęłam jego ręki, aby sprawdzić puls. Był sztywny, zimny i
nie miał pulsu. Umarł.
- On umarł przeze mnie. - rozpłakałam się.
- Co Ty gadasz? To jakiś bezdomny. Zostaw go, bo się zarazisz czymś. - Sylwia pociągnęła mnie za rękę.
- Przestań. - wyrwałam się. - On podarował mi swój koc. Może umarł z zimna?
- Zadzwonię na numer alarmowy.
Po kilkunastu minutach przyjechała
karetka i policja. Wyjaśniłyśmy całe zajście, jednak nie
wspomniałam o poprzedniej nocy. Nie chciałam być winna niczyjej
śmierci. Wiedziałam, że będę miała wyrzuty sumienia za
pożyczony koc.
Wokoło zebrało się sporo ludzi.
Każdy był zainteresowany przyjazdem policji i karetki. Nie pojawili
się jednak Ci naćpani, z oczywistych powodów.
Zauważyłam, że jeden chłopak ciągle
na mnie patrzy. Pomyślałam, że to przypadek.
Karetka zabrała mężczyznę, policja
przesłuchała kilku ludzi i wszyscy się rozeszli. Oprócz tego
chłopaka.
Był wysoki, wychudzony. Miał
posklejane, brudne, czarne włosy. Podkrążone oczy i zsiniałe usta
dodawały mu wyglądu upiora. Wystawały mu kości policzkowe, co
poprawiało jego wygląd. Wyglądał na 16-17 lat. Może nawet mógłby
mi się spodobać, gdyby się trochę ogarnął...
Miałam nadzieję, że zaraz sobie
pójdzie i zostawi mnie w spokoju. Jednak on usiadł niedaleko i
ciągle się wpatrywał upiornymi oczami.
- Coś się stało? Wyglądasz na zaniepokojoną. - stwierdziła Sylwia.
- Nie, nic... - odpowiedziałam.
- Chodzi o tego gościa? Spokojnie, ratownik i policja stwierdzili, że najprawdopodobniej zmarł z głodu, a nie z zimna. Nie musisz mieć wyrzutów... - położyła rękę na moim ramieniu.
- To dobrze...
- Jesteś jakaś nieobecna. Co jest?
- Widzisz tamtego chłopaka? - zapytałam, wskazując ,,upiora''.
- Tak. Jest trochę przerażający. A co?
- Od przybycia policji, cały czas na mnie patrzy. Wszyscy poszli, a on został i ciągle się gapi. Niepokoi mnie to.
Przyjaciółka dokładniej się mu
przyjrzała. Powiedziała, że to załatwi. Chwyciła mnie za rękę
i zaciągnęła do niego.
- Ej, koleś. Masz jakiś problem? - powiedziała rozgniewana.
- Nie... Ja... - nie mógł z siebie nic wydusić.
- Moja przyjaciółka twierdzi, że ciągle się na nią patrzysz. Chcesz coś?
- Nie... - podniósł się z ławki i uciekł.
Sylwia stwierdziła, że nie powinien
mnie już niepokoić. Wróciłyśmy do swojego zakątka i
próbowałyśmy z rzeczy Sylwii stworzyć jakieś posłanie.
Wzięłyśmy kilka ubrań pod głowę i przykryłyśmy się starym
kocem zmarłego.
- Chyba za ostro go potraktowałaś... - odezwałam się, gdy leżałyśmy.
- Może i tak... Przynajmniej będziesz miała spokój.
- Tak... Zjadłabym coś. Jestem głodna.
- Ja też, ale nie zdążyłam wziąć nic do jedzenia. Nie mam nawet pieniędzy.
- Ja tak samo.
Znowu leżałyśmy w ciszy.
Ustaliłyśmy, że następnego dnia darujemy sobie szkołę i
spróbujemy zdobyć pieniądze.
Potem Sylwia przytuliła się do mnie i
zasnęłyśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.