Następny dzień nie zapowiadał nic
specjalnie dobrego. Kolejny zwykły dzień z matką i Kamilem oraz
kolegami ze szkoły.
Nadal zagadka o imieniu Sylwia nie
została rozwiązana. Postanowiłam, że postaram się z nią
zaprzyjaźnić i wejść w jej świat.
Wstałam i ubrałam się. Wyszłam do
szkoły dużo wcześniej niż zwykle, aby poczekać na Sylwię.
Przyszła chwilę po mnie.
- Cześć, Sylwia. - przywitałam się przyjaźnie.
Nie ukrywała zdziwienia, ale
odpowiedziała w ten sam sposób.
- Co robisz dziś po południu? - zapytałam.
- Ymmm... - zastanowiła się. - Idę z rodzicami do kina, a Ty? - widać było, że kłamie.
- Siedzę w domu. Może wyjdziemy kiedyś razem?
- Pewnie.
Skończyła zakładać buty i szybko
wyszła z szatni. Wybiegłam za nią. Zanudzałam ją pytaniami i
opowieściami o mnie. Słuchała tego z wielką cierpliwością, co
wprawiało mnie w podziw. Ja na jej miejscu długo bym nie
wytrzymała. Zastanawiałam się, kiedy w końcu wybuchnie i zapyta,
o co mi chodzi. Jednak ona wytrwała do końca dnia. Odprowadziłam
ją do przystanku. Usiadłyśmy, a ja nadal nawijałam jak szalona.
- Już wystarczy. - przerwała mi.
- Ale co? - zapytałam, jakbym nie wiedziała co jest grane.
- Udało Ci się. Rzeczywiście, takie zachowanie jest denerwujące. Przepraszam. Możesz już odpuścić. - odwróciła się plecami.
- Sylwia, ale nie o to chodziło. Chciałabym się z Tobą zaprzyjaźnić. Wydajesz się sympatyczna.
Spojrzała na mnie, ale nic nie
powiedziała. Po chwili sprawdziła godzinę i znowu zaczęła się
denerwować.
- Chyba już pora, żebyś sobie poszła. - nagle zrobiła się chamska.
- O czym Ty mówisz?
- Idź sobie. Mam Cię dosyć.
Zrobiło mi się przykro, ale
wiedziałam, że nie mówi tego poważnie. Zapewne znowu przyjedzie
po nią ktoś tajemniczy. Postanowiłam zostać i ją uratować. Nie
wiedziałam jeszcze jak, ale musiałam. Szkoda mi jej.
Niedługo po tym pod przystanek
podjechało to samo czarne auto. Sylwia zerwała się z miejsca i
nerwowo podeszła do samochodu. Pobiegłam za nią.
- Dobrze, rozumiem. - powiedziała do jakiegoś faceta.
- A kim jest ta dziewczyna? - gość spojrzał na mnie, stojącą za moją nową znajomą.
Nastolatka odwróciła się i posłała
mi spojrzenie mówiące, że mam uciekać. Nic sobie z tego nie
robiłam.
- Jestem koleżanką Sylwii. Pan jest jej ojcem, tak? - zapytałam.
Popatrzył na dziewczynę, a potem
znowu na mnie.
- Tak. W czym mogę pomóc? - udawał.
- Mógłby podwieźć mnie pan do domu? Mam trochę daleko, a bardzo boli mnie noga. Bardzo proszę. - grałam cierpiącą.
Chwilę pomyślał, a potem pokiwał
twierdząco głową. Zajęłam miejsce z tyłu, obok Sylwii. Podałam
mu wskazówki, gdzie ma jechać, ale on się tym nie zainteresował.
Tak też myślałam.
- Co Ty robisz? Zwariowałaś? - usłyszałam cichy szept Sylwii.
- Pomogę Ci. - odpowiedziałam.
Potem siedziałyśmy w ciszy. Facet
zawiózł nas do jakiegoś domu, który nie wyglądał zbyt bogato.
Weszliśmy do środka, a on kazał nam usiąść na łóżku, a sam
poszedł do innego pomieszczenia. Oglądałam się na wszystkie
strony. Nie było tu najlepszych warunków, taka stara rudera. Ściany
były brudne i zniszczone, podłoga ze spróchniałego drewna, a z
łóżka wyszło kilka sprężyn. Tak źle w domu nawet ja nie
miałam. Rzuciłam okiem na swoją towarzyszkę. Siedziała smutna,
rozgniewana i zestresowana jednocześnie.
- Powiesz mi, co się tutaj dzieje? - wyszeptałam.
- Wszystko pod kontrolą. Udawaj, że jesteś zainteresowana i wykonuj moje polecenia. I słuchaj ich. Będzie dobrze. - chyba obmyśliła jakiś plan.
Nie wiedziałam, czym mam być
zainteresowana, ale zgodziłam się. Myślałam, że to mniej poważna
sprawa. Przyznam, że trochę się wystraszyłam.
Po chwili weszło 5 mężczyzn i każdy
zwrócił wzrok na mnie. Sylwia wzięła wdech i zaczęła mówić:
- To moja koleżanka. Potrzebuje pieniędzy, dlatego ją tu przyprowadziłam. Chciałaby zobaczyć na czym to polega, ale dzisiaj tylko teoretycznie. Rozumiecie? Hmmm... Ona jest ode mnie młodsza, ale też się nada. Prawda? - zwróciła się do mnie.
- Tak, tak. - odparłam cicho.
Mężczyźni przedyskutowali wszystko
na osobności, a potem wrócili i zabrali gdzieś Sylwię. Zostałam
sama. Wpatrywałam się w ścianę i słuchałam ciszy. Zdawało mi
się, ze mija wieczność. Dźwięk ciszy zaczął mi w końcu
przeszkadzać i stałam się niespokojna. Niedługo potem usłyszałam
skrzypienie drzwi. Wyszła moja koleżanka, która była
nienaturalnie blada i sprawiała wrażenie wystraszonej, ale mimo
wszystko uśmiechnęła się do mnie. Za nią wyszło trzech mężczyzn
i chwycili ją za ręce. Teraz traktowali ją jak porcelanową
laleczkę, z wielką ostrożnością.
- Możemy jechać. Hej Ty, mała! Chodź. - powiedział jeden z nich do mnie.
Posłusznie wstałam i poszłam za
nimi. Wsiedliśmy do samochodu. Jeden facet usiadł z tyłu pomiędzy
mną, a Sysią. Ruszyliśmy. Jechaliśmy kilka godzin, w nieznanym mi
kierunku. Gdy auto się zatrzymało, zorientowałam się, że
jesteśmy daleko od Warszawy.
Mężczyźni i Sylwia wysiedli i weszli
do jakiego budynku. Wrócili po 20 minutach. Dziewczyna wyglądała
dużo lepiej, nabrała rumieńców. Zobaczyłam, że dali jej jakąś
kopertę. Pewnie były w niej pieniądze. Usłyszałam, że mówią
coś o mnie.
- Jeśli Twoja znajoma nie zgodzi się na ten układ, będziemy musieli ją usunąć. Za dużo wie.
- Rozumiem. Pójdę jej to powiedzieć. - uśmiechnęła się do nich i ruszyła w moją stronę.
Coś kazało mi uciekać. Otworzyłam
drzwi i rzuciłam się w krzaki. Biegłam przed siebie najszybciej
jak umiałam. Nie chciałam zostawiać jej samej, ale czułam, że
nic jej nie będzie. Zgodziła się na układy z nimi i wykonuje ich
polecenia, więc jest bezpieczna.
***
Minęły dwa dni od mojego
spotkania z tymi ludźmi. Dużo nad tym rozmyślałam i uznałam, że
musi to być jakaś mafia. Nadal nie wiedziałam w jaki sposób im
pomagała, ale nie zastanawiało mnie to tak bardzo. Bardziej
martwiłam się, że jestem daleko od Warszawy i muszę tam dotrzeć
pieszo. Po drodze pytałam wielu ludzi o drogę. Każdy martwił się
o mnie i oferował pomoc, ale odmawiałam. Tylko raz wzięłam
butelkę wody od jakiejś kobiety, która bardzo nalegała i
proponowała mi nawet nocleg.
Kilka dni później padłam
z wycieńczenia w okolicach stolicy. Byłam bardzo słaba i
odwodniona. Zemdlałam gdzieś na drodze. Obudziłam się, jak się
okazało, w warszawskim szpitalu. Byłam podłączona pod kroplówkę
i co chwila przychodziła jakaś pielęgniarka.
- Przepraszam panią, dlaczego tu jestem? - zapytałam.
- O! Obudziła się nasza Śpiąca Królewna. Zaraz zawołam lekarza, który wszystko Ci powie.
Poczekałam przez chwilę, a
potem przyszedł jakiś wysoki blondyn z delikatnym zarostem.
- Dzień dobry, moja droga. Jak się czujesz? - zapytał troskliwie.
- Dzień dobry. W porządku, panie doktorze.
- Ktoś znalazł Cię nieprzytomną na drodze i zadzwonił po karetkę. Przywieźli Cię do nas. Jesteś bezpieczna. Niestety, nie znaleźliśmy przy Tobie żadnych dokumentów, więc nie wiemy jak się nazywasz ani kogo powiadomić.
- Mam na imię Milena. Proszę nikogo nie wzywać. - odparłam.
- Zaraz przyniosę Ci kartę do wypełnienia. Rodzice muszą wiedzieć, że tu jesteś. - upierał się.
- Nie mam rodziców. Może pan wezwać tu tą dziewczynę? - podałam mu kartkę z imieniem i nazwiskiem Sylwii. - Nie znam jej adresu, ale tu jest też szkoła, więc powinni wiedzieć. - dopisałam nazwę swojego gimnazjum.
- Dobrze. A kto się Tobą opiekuje? - nadal dopytywał.
- Nikt. Chciałabym odpocząć. - odwróciłam się.
Lekarz wyszedł z sali, a ja
zostałam jak zawsze sama. Zasnęłam z nadzieją, że obudzi mnie
słodki głosik Sysi, o którą tak się martwiłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.