sobota, 9 stycznia 2016

Rozdział 13

Następny dzień nie zapowiadał nic specjalnie dobrego. Kolejny zwykły dzień z matką i Kamilem oraz kolegami ze szkoły.
Nadal zagadka o imieniu Sylwia nie została rozwiązana. Postanowiłam, że postaram się z nią zaprzyjaźnić i wejść w jej świat.
Wstałam i ubrałam się. Wyszłam do szkoły dużo wcześniej niż zwykle, aby poczekać na Sylwię. Przyszła chwilę po mnie.
  • Cześć, Sylwia. - przywitałam się przyjaźnie.
Nie ukrywała zdziwienia, ale odpowiedziała w ten sam sposób.
  • Co robisz dziś po południu? - zapytałam.
  • Ymmm... - zastanowiła się. - Idę z rodzicami do kina, a Ty? - widać było, że kłamie.
  • Siedzę w domu. Może wyjdziemy kiedyś razem?
  • Pewnie.
Skończyła zakładać buty i szybko wyszła z szatni. Wybiegłam za nią. Zanudzałam ją pytaniami i opowieściami o mnie. Słuchała tego z wielką cierpliwością, co wprawiało mnie w podziw. Ja na jej miejscu długo bym nie wytrzymała. Zastanawiałam się, kiedy w końcu wybuchnie i zapyta, o co mi chodzi. Jednak ona wytrwała do końca dnia. Odprowadziłam ją do przystanku. Usiadłyśmy, a ja nadal nawijałam jak szalona.
  • Już wystarczy. - przerwała mi.
  • Ale co? - zapytałam, jakbym nie wiedziała co jest grane.
  • Udało Ci się. Rzeczywiście, takie zachowanie jest denerwujące. Przepraszam. Możesz już odpuścić. - odwróciła się plecami.
  • Sylwia, ale nie o to chodziło. Chciałabym się z Tobą zaprzyjaźnić. Wydajesz się sympatyczna.
Spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziała. Po chwili sprawdziła godzinę i znowu zaczęła się denerwować.
  • Chyba już pora, żebyś sobie poszła. - nagle zrobiła się chamska.
  • O czym Ty mówisz?
  • Idź sobie. Mam Cię dosyć.
Zrobiło mi się przykro, ale wiedziałam, że nie mówi tego poważnie. Zapewne znowu przyjedzie po nią ktoś tajemniczy. Postanowiłam zostać i ją uratować. Nie wiedziałam jeszcze jak, ale musiałam. Szkoda mi jej.
Niedługo po tym pod przystanek podjechało to samo czarne auto. Sylwia zerwała się z miejsca i nerwowo podeszła do samochodu. Pobiegłam za nią.
  • Dobrze, rozumiem. - powiedziała do jakiegoś faceta.
  • A kim jest ta dziewczyna? - gość spojrzał na mnie, stojącą za moją nową znajomą.
Nastolatka odwróciła się i posłała mi spojrzenie mówiące, że mam uciekać. Nic sobie z tego nie robiłam.
  • Jestem koleżanką Sylwii. Pan jest jej ojcem, tak? - zapytałam.
Popatrzył na dziewczynę, a potem znowu na mnie.
  • Tak. W czym mogę pomóc? - udawał.
  • Mógłby podwieźć mnie pan do domu? Mam trochę daleko, a bardzo boli mnie noga. Bardzo proszę. - grałam cierpiącą.
Chwilę pomyślał, a potem pokiwał twierdząco głową. Zajęłam miejsce z tyłu, obok Sylwii. Podałam mu wskazówki, gdzie ma jechać, ale on się tym nie zainteresował. Tak też myślałam.
  • Co Ty robisz? Zwariowałaś? - usłyszałam cichy szept Sylwii.
  • Pomogę Ci. - odpowiedziałam.
Potem siedziałyśmy w ciszy. Facet zawiózł nas do jakiegoś domu, który nie wyglądał zbyt bogato. Weszliśmy do środka, a on kazał nam usiąść na łóżku, a sam poszedł do innego pomieszczenia. Oglądałam się na wszystkie strony. Nie było tu najlepszych warunków, taka stara rudera. Ściany były brudne i zniszczone, podłoga ze spróchniałego drewna, a z łóżka wyszło kilka sprężyn. Tak źle w domu nawet ja nie miałam. Rzuciłam okiem na swoją towarzyszkę. Siedziała smutna, rozgniewana i zestresowana jednocześnie.
  • Powiesz mi, co się tutaj dzieje? - wyszeptałam.
  • Wszystko pod kontrolą. Udawaj, że jesteś zainteresowana i wykonuj moje polecenia. I słuchaj ich. Będzie dobrze. - chyba obmyśliła jakiś plan.
Nie wiedziałam, czym mam być zainteresowana, ale zgodziłam się. Myślałam, że to mniej poważna sprawa. Przyznam, że trochę się wystraszyłam.
Po chwili weszło 5 mężczyzn i każdy zwrócił wzrok na mnie. Sylwia wzięła wdech i zaczęła mówić:
  • To moja koleżanka. Potrzebuje pieniędzy, dlatego ją tu przyprowadziłam. Chciałaby zobaczyć na czym to polega, ale dzisiaj tylko teoretycznie. Rozumiecie? Hmmm... Ona jest ode mnie młodsza, ale też się nada. Prawda? - zwróciła się do mnie.
  • Tak, tak. - odparłam cicho.
Mężczyźni przedyskutowali wszystko na osobności, a potem wrócili i zabrali gdzieś Sylwię. Zostałam sama. Wpatrywałam się w ścianę i słuchałam ciszy. Zdawało mi się, ze mija wieczność. Dźwięk ciszy zaczął mi w końcu przeszkadzać i stałam się niespokojna. Niedługo potem usłyszałam skrzypienie drzwi. Wyszła moja koleżanka, która była nienaturalnie blada i sprawiała wrażenie wystraszonej, ale mimo wszystko uśmiechnęła się do mnie. Za nią wyszło trzech mężczyzn i chwycili ją za ręce. Teraz traktowali ją jak porcelanową laleczkę, z wielką ostrożnością.
  • Możemy jechać. Hej Ty, mała! Chodź. - powiedział jeden z nich do mnie.
Posłusznie wstałam i poszłam za nimi. Wsiedliśmy do samochodu. Jeden facet usiadł z tyłu pomiędzy mną, a Sysią. Ruszyliśmy. Jechaliśmy kilka godzin, w nieznanym mi kierunku. Gdy auto się zatrzymało, zorientowałam się, że jesteśmy daleko od Warszawy.
Mężczyźni i Sylwia wysiedli i weszli do jakiego budynku. Wrócili po 20 minutach. Dziewczyna wyglądała dużo lepiej, nabrała rumieńców. Zobaczyłam, że dali jej jakąś kopertę. Pewnie były w niej pieniądze. Usłyszałam, że mówią coś o mnie.
  • Jeśli Twoja znajoma nie zgodzi się na ten układ, będziemy musieli ją usunąć. Za dużo wie.
  • Rozumiem. Pójdę jej to powiedzieć. - uśmiechnęła się do nich i ruszyła w moją stronę.
Coś kazało mi uciekać. Otworzyłam drzwi i rzuciłam się w krzaki. Biegłam przed siebie najszybciej jak umiałam. Nie chciałam zostawiać jej samej, ale czułam, że nic jej nie będzie. Zgodziła się na układy z nimi i wykonuje ich polecenia, więc jest bezpieczna.

***
Minęły dwa dni od mojego spotkania z tymi ludźmi. Dużo nad tym rozmyślałam i uznałam, że musi to być jakaś mafia. Nadal nie wiedziałam w jaki sposób im pomagała, ale nie zastanawiało mnie to tak bardzo. Bardziej martwiłam się, że jestem daleko od Warszawy i muszę tam dotrzeć pieszo. Po drodze pytałam wielu ludzi o drogę. Każdy martwił się o mnie i oferował pomoc, ale odmawiałam. Tylko raz wzięłam butelkę wody od jakiejś kobiety, która bardzo nalegała i proponowała mi nawet nocleg.
Kilka dni później padłam z wycieńczenia w okolicach stolicy. Byłam bardzo słaba i odwodniona. Zemdlałam gdzieś na drodze. Obudziłam się, jak się okazało, w warszawskim szpitalu. Byłam podłączona pod kroplówkę i co chwila przychodziła jakaś pielęgniarka.
  • Przepraszam panią, dlaczego tu jestem? - zapytałam.
  • O! Obudziła się nasza Śpiąca Królewna. Zaraz zawołam lekarza, który wszystko Ci powie.
Poczekałam przez chwilę, a potem przyszedł jakiś wysoki blondyn z delikatnym zarostem.
  • Dzień dobry, moja droga. Jak się czujesz? - zapytał troskliwie.
  • Dzień dobry. W porządku, panie doktorze.
  • Ktoś znalazł Cię nieprzytomną na drodze i zadzwonił po karetkę. Przywieźli Cię do nas. Jesteś bezpieczna. Niestety, nie znaleźliśmy przy Tobie żadnych dokumentów, więc nie wiemy jak się nazywasz ani kogo powiadomić.
  • Mam na imię Milena. Proszę nikogo nie wzywać. - odparłam.
  • Zaraz przyniosę Ci kartę do wypełnienia. Rodzice muszą wiedzieć, że tu jesteś. - upierał się.
  • Nie mam rodziców. Może pan wezwać tu tą dziewczynę? - podałam mu kartkę z imieniem i nazwiskiem Sylwii. - Nie znam jej adresu, ale tu jest też szkoła, więc powinni wiedzieć. - dopisałam nazwę swojego gimnazjum.
  • Dobrze. A kto się Tobą opiekuje? - nadal dopytywał.
  • Nikt. Chciałabym odpocząć. - odwróciłam się.
Lekarz wyszedł z sali, a ja zostałam jak zawsze sama. Zasnęłam z nadzieją, że obudzi mnie słodki głosik Sysi, o którą tak się martwiłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.