Kusiło mnie, żeby spojrzeć na bilet
i zobaczyć kiedy i dokąd zabierze mnie pociąg. Jednak coś nie
pozwalało mi tego zrobić. Nie chciałam tego wiedzieć. Jeśli sama
nie wiem gdzie jadę, to nikt mnie nie znajdzie.
Zastanawiałam się czy jeszcze
kiedykolwiek tu wrócę. Przecież zostawiam całe swoje życie.
Urodziłam się w Warszawie i tu zamierzałam umrzeć, ze starości...
w gronie wnuków. O tym marzyłam, gdy byłam mała i żyłam w
szczęśliwej rodzinie. Teraz nie wiedziałam co się ze mną stanie.
Nie miałam żadnego pomysłu na życie.
Przecież nawet nie pomyślałam, jak
się odnajdę w nowym mieście. Gdzie będę mieszkała? Co będę
jadła? Gdzie spała? Obce miasto, nic nie wiem. Co ja robię?
Ludzie! Ratujcie! Moje życie się wali!
Rozejrzałam się wokoło i zauważyłam,
że nikt nawet nie spojrzał w moim kierunku. Krzyczałam tylko
wewnątrz. Wstałam. Chciałam jakoś zwrócić bilet i uciec ze
stacji. Wrócić do domu i zapomnieć o wszystkim. Chciałam mieć
pełną rodzinę, kochających rodziców, może jakieś rodzeństwo...
Przecież nie jest jeszcze za późno! Wrócę do mieszkania i będę
żyła jak kiedyś.
Już miałam biec, gdy nagle podjechał
pociąg. A jednak było za późno.
Wsiadłam do niego i zabrałam swój
bagaż. Podałam bilet jakiemuś facetowi i zajęłam miejsce w
przedziale. Nałożyłam słuchawki na uszy i włączyłam muzykę.
Nie chciałam na razie się z nikim kontaktować, więc wcisnęłam
tryb samolotowy. Poczułam, jak po policzku lecą mi łzy. Patrzyłam
na drogę, a potem zasnęłam.
Obudziło mnie lekkie szturchnięcie.
Ocknęłam się i zobaczyłam jakiegoś chłopaka. Był w obdartych
ubraniach, miał brudną twarz. Dało zauważyć się na niej mnóstwo
piegów. Jego włosy były rude. Mierzył około 1,45cm. Nie
szczególnie mi się spodobał.
- Mogę się dosiąść? - zapytał.
- Tak, pewnie. - przeciągnęłam się.
Usiadł naprzeciwko mnie i, tak jak ja,
położył swój bagaż obok. Chwilę się pokręcił, żeby znaleźć
wygodną pozycję. Patrzył mi prosto w oczy. Skrzywiłam się lekko,
aby dać mu znak, że nie wiem o co chodzi.
- Coś się stało? - wskazał na moje mokre policzki.
- Tak... To znaczy nie... Sama nie wiem.
- Jesteś sama? - spytał.
- Tak, a Ty?
- Tak samo. Dokąd jedziesz? - dopytywał.
- Nie mam pojęcia. Uciekam od starego życia.
Zamyślił się. Spojrzał na pole
rozciągające się za szybą. Potem znowu popatrzył na mnie.
- Podobnie jak ja. Zostałem adoptowany, a moi nowi rodzice okazali się być potworami. Przybrany tata znęcał się nade mną, a przybrana matka zamykała w piwnicy na całą noc, gdy tylko zrobiłem coś nie tak. Przecież mam dopiero 11 lat i jestem jeszcze dzieckiem. Mam prawo czasem coś nabroić, prawda? - mówił ze smutkiem.
- Tak... Współczuję Ci.
- A dlaczego Ty uciekasz? - uśmiechnął się.
- Matka alkoholiczka wyrzuciła mnie z domu, bo zamknęli jej, już byłego, partnera, który był pedofilem. Obwiniała mnie o to i w dodatku wyznała, że nigdy mnie nie kochała. Zanim go poznała, ja utrzymywałam dom i płaciłam wszystkie rachunki. Nie mam przyjaciółek, bo nawet nie mam jak się z nimi spotykać. Nie chodzę zbyt często do szkoły. No i dodatkowo matka czasem mnie biła, jak jej się zachciało. Nic wielkiego. - spuściłam głowę.
- Przykro mi. - powiedział słodkim głosem chłopiec.
Współczułam mu bardziej niż sobie.
Miał tylko 11 lat, a już musiał uciekać od życia. Świat jest
taki niesprawiedliwy... Zwróciłam uwagę na jego bagaż. Miał mały
plecak i jakąś reklamówkę. Bałam się, że nie będzie miał co
jeść.
- Hej, a jedziesz do jakiejś rodziny? - zmartwiłam się.
- Nie mam rodziny. Muszę poradzić sobie sam. Może będę miał szczęście i ktoś mnie znajdzie na ulicy...
- A masz jedzenie?
- Niewiele. Zaledwie kilka bułek z masłem i czekoladę. Tylko tyle dałem radę zabrać z domu. Pieniędzy też nie mam. Wydałem ostatnie na bilet do nowego świata.
Popatrzyłam na niego z litością. To
jeszcze dziecko. Nie poradzi sobie na ulicy w nieznanym mieście. Ja
miałam większe doświadczenie. Zarabiałam na dom, szukałam pracy,
włóczyłam się po całej stolicy. Jakoś dam radę, a on? Nie ma
szans na przeżycie.
- Posłuchaj. - powiedziałam. - Dam Ci swoje zapasy i pieniądze. Tobie się bardziej przydadzą. Mam nadzieję, że szybko ktoś Cię znajdzie. Chodź po zaludnionych ulicach i proś ludzi o datek. Na pewno ktoś zwróci uwagę. Ja dam sobie radę sama. . - podałam mu torbę z jedzeniem.
- Nie mogę tego przyjąć. - zaprotestował.
- Weź to! Bądźmy szczerzy. Nie masz szans na przeżycie bez tego. Jesteś jeszcze mały. Życie potraktowało Cię bardzo surowo, chociaż nic nie zrobiłeś. Zasługujesz na szczęście i normalne funkcjonowanie. Masz całe życie przed sobą. - zbliżyłam się do niego.
- Ty także.
- Ja to co innego. Obojętna jest mi śmierć, tak jak mojej matce. A co z Twoimi rodzicami biologicznymi? - wyciągnęłam do niego dłoń.
- Wymusiłem od opiekunki w Domu Dziecka, żeby powiedziała mi, kto mnie oddał. W końcu uległa i podała mi nazwiska. Dodała też, że po prostu nie mieli środków, aby mnie wychować. Byli bardzo smutni, kiedy mnie oddawali. Być może znajdę ich w tym mieście. - włożył w moją rękę karteczkę z nazwą miasta.
- A więc poszukujesz rodziców... Po to uciekasz.
Resztę drogi siedzieliśmy w ciszy.
Kiedy przyszła pora, gdy musiał wysiadać, wstałam i przytuliłam
go.
- Powodzenia w nowym życiu. Życzę Ci szczęścia i żebyś odnalazł rodziców. Na pewno Ci się uda. - powiedziałam.
- Dziękuję. Dziękuję za wszystko. Znajdź szczęście. - odpowiedział i wysiadł.
Pomachałam mu przez okno. Płakał,
ale uśmiechał się. Zrobiło mi się go naprawdę żal.
Spojrzałam na zegarek w telefonie.
Jechałam już kilka godzin i nie wiedziałam, kiedy mam wysiąść.
Pomyślałam, że na pewno mnie ktoś powiadomi.
Burczało mi w brzuchu, ale nie miałam
nic do jedzenia. Postanowiłam przejść się po wagonach i popytać
ludzi. Weszłam do pierwszego wagonu. Siedziały tam starsze panie.
- Dzień dobry. Mają panie do oddania jakieś jedzenie? Jestem bardzo głodna, a nic nie mam.
- Oczywiście, słoneczko.
Jedna ze staruszek podarowała mi dwie
bułki. Druga zaproponowała, żebym się do nich przesiadła, skoro
siedzę sama. Zgodziłam się.
Wzięłam swój bagaż i zajęłam
miejsce obok nich. Zjadłam jedną bułkę i słuchałam, jak
rozmawiają. Potem zaczęły mi opowiadać o tym, jak pomagały na
wojnie. Polubiłam je. Niestety, niedługo potem musiały wysiadać.
Pożegnałam się z nimi czule i znowu zostałam sama.
Zaczęło się ściemniać. Nadal nie
wiedziałam, gdzie mam wysiąść. Przyszedł ten pan, który brał
bilety i powiadomił mnie, że zostałam sama w pociągu. Powiedział
też, że powinnam już wysiadać. Zrobiłam, co kazał. Wzięłam
bagaż i wysiadłam z pociągu. Wciągnęłam powietrze i powoli
wypuściłam. Zapowiadało się na to, że noc spędzę na jakimś
przystanku. Odnalazłam taki i położyłam się. Zasnęłam zalana
łzami.
Rano obudziły mnie śmiechy ludzi,
którzy się ze mnie nabijali. Byli to młodzi chłopacy. Rzucali we
mnie kamykami, szturchali i kopali. Wstałam i po prostu odeszłam.
Na następnym przystanku wyjęłam zgniecioną bułeczkę i oderwałam
kawałek. Zjadłam. W torbie została mi mała butelka wody. Wzięłam
łyka i odłożyłam. Ruszyłam w drogę, chociaż nie wiedziałam
gdzie iść. Chciałam dotrzeć do centrum miasta. Szłam i szłam...
W końcu dotarłam. Nie poznawałam tego miejsca. Nigdy nie widziałam
go na zdjęciach ani nie słyszałam o nim. Uznałam, że to pewnie
jakieś małe miasteczko.
***
Nie dawałam już rady. Woda
dawno mi się skończyła, jedzenie też. Nie miałam pieniędzy,
żeby coś kupić. Byłam bardzo odwodniona. Poznawałam to uczucie.
Czułam się tak samo, jak w szpitalu. Nikt nie okazał mi litości,
chociaż o to błagałam. Wszyscy patrzyli na mnie jak na psychiczną
ćpunkę. Pewnej nocy myślałam, że umrę. Ledwo oddychałam. Nie
miałam już siły. Chwilami mdlałam, ale zawsze się budziłam. W
dodatku było gorąco.
Na szczęście pewnego dnia
zaczął padać deszcz. Nabrałam wody do butelki, piłam z kałuż.
Byłam tak głodna, że zdecydowałam się na jedzenie piasku i
trawy. To było takie ohydne i upokarzające. Ledwo dawałam radę to
przełknąć, ale musiałam jakoś napełnić żołądek.
Po około tygodniu jedzenia
tego co znalazłam, stwierdziłam, że muszę zawalczyć o życie.
Jeszcze raz poszłam do centrum miasta i prosiłam każdego o pomoc.
Niestety, ludzie byli tak okrutni, że nie zwracali na mnie uwagi.
Jak tak można? Czy oni nie mają serca?
Miałam dużo czasu do
myślenia. Uznałam, że ta ucieczka do obcego miasta była naprawdę
głupia i bezsensowna. Moje życie wisiało na włosku. Byłam w tej
chwili całkowicie zależna od innych ludzi, którzy chyba pragnęli
mojej śmierci. Siedziałam i żebrałam. Nie znałam nikogo. W
Warszawie znalazłabym jakąś pomoc, ale tak bardzo chciałam być
jak najdalej od matki. Nienawidziłam jej i całego swojego życia.
Pomyślałam o Sylwii.
Przecież pomogłaby mi jakoś. Gdybym tylko poprosiła o pomoc...
Wzięłam komórkę i wyłączyłam tryb samolotowy. Zostało mi
tylko 2% baterii. Szybko wybrałam jej numer i zadzwoniłam.
- Hej, Sylwia. Potrzebuję pilnej pomocy. - kaszlnęłam.
- Gdzie jesteś? Co się dzieje? - zmartwiła się.
- Ja... ledwo żyję... Jestem w... - bateria padła.
Teraz jestem skończona.
Mogłam spojrzeć na ten cholerny bilet! Teraz marzę, żeby ktoś
mnie znalazł.
Upuściłam telefon i
zemdlałam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.